Deszcz w Seulu pada często – to powiedzenie robi za półżart, półprawdę. Mieszkańcy miasta nauczyli się odzyskiwać spokój pod kapturem czy mocnymi parasolami, gdy miasto tonie w szarych strugach nieba. Ale są spojrzenia i historie, które przełamują ten codzienny rytm – gdzieś między kalendarzową przewidywalnością a mistyczną ciemnością. W deszczowe dni na ulicach Seulu zaczęła pojawiać się tajemnicza postać, której nie sposób zignorować, a jednak nikt nie potrafi jej opisać inaczej niż jako smuga czerni wśród szarości. Czarny Parasolnik.

Szeptano o nim wśród gapiów. Mówiono, że jeśli pozwolisz sobie na spojrzenie mu w twarz — o, widzisz wtedy tylko pustkę, czarną jak bezgwiezdne nocne niebo. I jeśli zagłębisz się w tę pustkę, zapomnisz, kim jesteś. Nie tylko imię, pamięć o rodzinie, czy pracę, ale całe życie, tożsamość, wszystko, czym byłeś.

Początkowo tylko urban legend. Ale tych, którzy twierdzili, że go widzieli, szybko przybywało. Historie rozprzestrzeniły się jak wirus. Zaczęły napływać na internetowe fora, syntezowały się w rozmowach do późnych godzin nocnych. Tam, gdzie mgła i deszcz są najgęstsze — tam czai się Czarny Parasolnik. I choć nikt nie rozumiał, kim lub czym jest, jedno było pewne: nikt, kto zdecydował się mu spojrzeć w twarz, nie wrócił do dawnej wersji siebie.

Na początku marca, gdy deszcz zaczął padać mocniej, ja sam stanąłem twarzą w twarz z legendą.

Moje imię to Min-Jun, mam 28 lat i pracuję jako dziennikarz śledczy dla lokalnej gazety. Kiedy opowieści o Czarnym Parasolniku zaczęły dominować dyskusje w internecie, postanowiłem się tym zająć osobiście. Nie z powodów sensacyjnych — byłem ciekaw. Od dziecka interesowały mnie miejskie legendy, a ta była tak intensywnie obecna, że nie mogłem przejść obok niej obojętnie.

Pierwszy raz usłyszałem o nim kilka tygodni wcześniej. Kolega z redakcji, Hyun-Woo, który zachował się jak typowy sceptyk, poruszył temat przy kawie.

– To tylko produkt naszej wyobraźni – mówił, uśmiechając się pod nosem. – Pamiętasz, jak mówiono o tym „Człowieku bez twarzy” albo „Mężczyźnie w czerni”? To samo, tylko trochę bardziej wyrafinowane.

– Ale to nie do końca tak – odpowiedziałem. – Widziałem ludzi, którzy naprawdę go spotkali. Na forach pojawiały się nagrania, zdjęcia. Coś tu jest na rzeczy.

– Myślisz, że ktoś z nas zniknie, jeśli spojrzy mu w twarz?

W końcu zdecydowałem się wyjść na ulice Seulu podczas zapowiadanych ulewnych dni. Kiedy wyruszałem, ulicami przechodziły już pierwsze krople deszczu, które wkrótce miały przerodzić się w nieprzerwany strumień.

Tamtego dnia mgła była niesamowicie gęsta, a światła miasta odbijały się w kałużach, tworząc mgliste plamy żółci i pomarańczy. Przeszedłem dzielnicę Jongno, gdzie według kilku świadków notowano najwięcej spotkań z Czarnym Parasolnikiem. Ulice były niemal puste – większość mieszkańców ukrywała się przed deszczem, a ci, którzy zostali, spieszyli się do schronienia.

W pewnym momencie, między migotliwymi reflektorami, zobaczyłem go.

Stał przy latarni, ubrany w długi, czarny płaszcz wysokiego kołnierza, który przykrywał szyję i kark. W ręku dzierżył czarny parasol, który zdawał się pochłaniać światło jak czarna dziura. To było coś nienaturalnego – ta postać nie była częścią ulicy, nie pasowała do otoczenia. Stał nieruchomo, bez jednego ruchu, mimo padającego deszczu, jakby był nią nieczuły.

Podszedłem wolno, każdy krok echem odbijał się od pustych budynków. Moje serce przyspieszyło. Byłem blisko, zaledwie kilka metrów. Wtedy spojrzałem mu w twarz.

Nie zobaczyłem niczego.

Zamiast twarzy, widziałem czerń. Czerń tak głęboką, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. To była czarna pustka, ale nie zwykła ciemność – raczej jakby ktoś wyciągnął całą substancję istnienia z jego oblicza. Gapiłem się, i wtedy coś się zacisnęło w mojej głowie. Poczucie paniki wpełzło powoli i zaczęło zajmować przestrzeń myśli.

Miałem wrażenie, że tracę coś bardzo ważnego. W pierwszej chwili to była tylko ulotna myśl. „Kim ja jestem?” – powtórzyłem cicho. Im dłużej wlepiałem wzrok w tę czarną pustkę, tym silniejsze to pytanie stawało się w mojej głowie. Początkowo poczułem panikę, potem lekkie oszołomienie, jakby mózg zaczynał się rozsypywać.

Oderwałem spojrzenie i zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam dlaczego tam przyszedłem. Nie pamiętałem sensu swojego istnienia. Ulice, które jeszcze przed momentem były mi tak dobrze znane, zaczęły stawać się obce. Przypływ zagubienia opanował mnie całkowicie.

Traciłem siebie.

Z trudem zacząłem się cofać, choć nogi zdawały się z betonu. Pamięć o tym, kim jestem ja, Min-Jun, dziennikarz, syn, przyjaciel, waliła się jak domek z kart.

Zanim wsiadłem do pierwszego napotkanego autobusu, rzuciłem jeszcze ostatnie spojrzenie na Czarny Parasolnik. Postaci już nie było.

Następnego dnia obudziłem się na ławce w jednym z małych parków w centrum miasta. Nie wiedziałem jak się tam znalazłem – ani jak wrócić do domu. Moje ręce miały dziwny odruch. Próbowałem przypomnieć sobie cokolwiek ze swojego życia, ale w głowie rozbrzmiewała tylko pusta cisza.

Powoli uświadomiłem sobie, że chyba spotkałem Czarny Parasolnik.

Przez kolejne dni mojego życia próbowałem na nowo znaleźć ścieżkę do własnej pamięci.

Wróciłem do redakcji, do moich starych notatek i zdjęć. Nie znałem swojego telefonu ani adresu. Z każdym kolejnym dniem pojawiało się coś, co zdawało się kwitnąć w mojej pamięci — ulotne przebłyski obrazu rodziny, znajomych, nazw ulic i miejsc, jednak nigdy nic trwałego. Kilka razy nagle zatrzymywałem się na chodniku, próbując zrozumieć, kim jestem.

Nie potrafiłem przypomnieć sobie swojej przeszłości.

W internecie zaczęły się mnożyć historie podobne do mojej.

Ludzie, którzy mieli odwagę lub głupotę spotkać Czarnego Parasolnika, nagle zapominali o sobie — o tym kim byli, co znaczyli dla innych, co robili w życiu. Ich tożsamość rozpływała się w czerni, jak gdyby została wyssana ich własna dusza przez tę postać.

Niektórzy, zagubieni, znikali w miejskiej dżungli. Inni, zupełnie nieświadomi, żyli jak cienie – bez wspomnień, bez korzeni. Mniej szczęśliwi – tracili rozum, wpadając w stany paranoi i rozpadu psychicznego.

Z czasem dowiedziałem się jeszcze więcej. Istnieje teoria, że Czarny Parasolnik nie jest człowiekiem. Mówią, że to dawna istota miasta – zrodzona z samotności i ludzkich tajemnic Seulu, na wpół duch, na wpół coś jeszcze gorszego.

Niektórzy opowiadali, że Czarny Parasolnik pojawia się zawsze tam, gdzie ludzie mają zatwardzoną pamięć albo nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem. Jakby z nich wysysał tożsamość, zamieniając w kolejne przejawy pustki na ulicach. Parasol miał ochronić go przed deszczem, ale też maskować coś jeszcze – kto wie, czy nie jest to bezdenna, czarna studnia, spoza której wychodzi.

Najgorsze, co zdało mi się zrozumieć, to fakt, że legenda i prawda splatały się ze sobą do tego stopnia, że sam stałem się jednym z bohaterów miejskiej legendy, którą próbowałem zbadać.

Dziś, pisząc te słowa, siedzę w kawiarni, gdzie ledwie słychać krople deszczu uderzające o szyby. Czuję, że pamięć we mnie jest kruchejsza niż kiedykolwiek. Czasem spoglądam w okno, wypatrując sylwetki w czerni. Boje się jej, a jednocześnie wręcz czuję nieodpartą potrzebę, by jeszcze raz spojrzeć na Czarny Parasolnik i skonfrontować strach z tym, co się stało.

Mam nadzieję, że czytając to, nie zostaniesz ciekaw, aby to zrobić, bo z pewnością nie życzyłbyś sobie, by Twój własny świat zamienił się w czarną pustkę, a Tobie umknęła nagle cała odpowiedź na pytanie „kim jestem?”.

Legenda o Czarnym Parasolniku to nie tylko opowieść na deszczowe noce. To ostrzeżenie – w świecie pełnym tajemnic i nieodgadnionych cieni najlepiej zachować ostrożność wobec tego, co czarne i niewidzialne. Bo czasem to, czego nie widzimy, zabiera nam więcej, niż światło może nam dać.

I jeśli spotkasz Czarny Parasolnik, nie patrz mu w twarz.

Historia Min-Juna krąży po internecie i w snach mieszkańców Seulu. A ty? Czy zdobyłbyś się na odwagę, by zobaczyć Czarny Parasolnik w deszczowy dzień? Pamiętaj: nie wszystko, co tajemnicze, chce być poznane.