Mogło się to zdarzyć tylko tam — na obrzeżach miasta, w zapomnianej przez czas dzielnicy zwanej Abandonet. Miejsce, które mieszkańcy omijali szerokim łukiem, a o którym nieliczni, którzy mieli do niego wgląd, mówili z niepokojem i szorstką ostrożnością. Mówili, że czasem możesz poczuć, jak wspinasz się po stopniach, choć pod stopami nie ma nic… i jeśli wejdziesz zbyt wysoko, to droga z powrotem będzie nie do odnalezienia. A samo przebudzenie – to osobna historia.
To był okres mojej młodości, kiedy ciekawość świata miała jeszcze przewagę nad rozsądkiem. Miejsce, które dziś was przeraża, wtedy wydawało mi się swoistym wyzwaniem – miejscem, gdzie granice rzeczywistości zostały rozmyte. Abandonet był wcześniej zwyczajną dzielnicą, pełną starych fabryk, warsztatów i niewielkich kamieniczek, które przez lata zamieniały się w ruiny. Jeśli śledzić mapy z czasów, gdy miasto tętniło życiem, Abandonet był ambicją lokalnych robotników, lecz po serii nieszczęść — pożarach, bankructwach, a potem dziwnych zniknięciach — udusił się w zapomnieniu, a w jego centrum powstał niewytłumaczalny fenomen – niewidzialne schody.
Pierwsze wzmianki o nich pojawiły się w internetowych forach, ale były traktowane jako miejskie legendy, pełne przesad i wymysłów młodzieży. Ten, kto poczuł pod stopami stopnie, miał wrażenie, że powoli, niemal niezauważalnie, stąpa po kamiennych schodach w górę – mimo że podłoże było zupełnie równe, nieruchome, oblepione kurzem i drobnym gruzem. Ci, którzy weszli dalej, mówili o uczuciu narastającej trudności, zmuszającym do wysiłku i sprzeciwu wobec niewidzialnej architektury.
Prawdziwy problem zaczynał się, gdy ktoś zaczął wspinać się zbyt wysoko. Tacy ludzie ginęli na kilka godzin, a potem odradzali się gdzieś indziej — często kilka kilometrów poza miastem — nie wiedząc, jak się tam znaleźli, tracąc pamięć o swojej trasie i o miejscu, skąd wyszli. Nikt nie chciał z tymi osobami rozmawiać, atmosfera tajemnicy potęgowała niepokój. A ja, z natury ciekawski i spragniony historii, postanowiłem przekonać się na własnej skórze, o co chodzi z tym zjawiskiem.
Pewnego chłodnego, pochmurnego jesiennego popołudnia postanowiłem pójść do Abandonet z niewielkim zapleczem technicznym — notatnikiem, latarką i starą kamerą cyfrową, która choć mocno się już zestarzała, miała dla mnie znaczenie sentymentalne. Chciałem udokumentować to, co w zasadzie można było uznać za paranormalny fenomen.
Wejście do Abandonet jest łatwe do przeoczenia. Stara brama, wykuta z rdzy i powyginanych prętów, stoi uchylona, jakby ktoś niechcący zostawił drzwi do miejsca zapomnianego przez ludzi. Ściany pokryte są gryzmołami i symbolami, których sens pozostawał poza moim zrozumieniem, a ziemia wyglądała na twardą, niezmąconą od miesięcy.
Zakładając grunt, nie spodziewałem się dramatu. Marsz przez rozległy, zrujnowany teren, gdzie powoli przygniatały drzewa i bluszcz, wydawał się czymś z gatunku miejskiej eksploracji – przygody dla odważnych, kolekcja nowych historii do opowiedzenia przy butelce piwa.
I wtedy poczułem to — pierwszy, lekki skok pod stopami, jak stopa przesuwająca się po widmie kamiennego progu.
Zatrzymałem się.
-Zaraz, co…? – wyszeptałem do siebie, nachylając się, by zbadać grunt.
Nic tam nie było.
Nie było żadnych schodów, żadnych wypukłości ani wgłębień, które mogłyby odpowiadać temu uczuciu. A jednak oczy i ciało wyjątkowo nie chciały kłamać. Z każdym kolejnym krokiem, z każdym ułożeniem stopy, coraz wyraźniej czułem rytm stąpania po stopniach, które musiały gdzieś istnieć — a mimo to ich nie widziałem.
Moja dłoń automatycznie sięgnęła po kamerę.
„Nagraj to” — niespodziewane polecenie zadrwiło z mojej wyobraźni.
Zacząłem filmować podłoże pod stopami, powoli wnikając głębiej w teren. Z każdym krokiem uczucie narastało. Ręce zaczęły odczuwać nieprzyjemny chłód, jakby każdy schodek był nasączony lodem. Oddychałem ciężej. To nie były normalne schody. To było jak wgryzanie się w rzeczywistość, której rozum nie był w stanie ogarnąć.
Zapanowała cisza. Zatrzymałem się koło tego, co dawniej mogła być potężna, zniszczona ściana fabryki, nadal stojąca mimo upływu lat i zniszczeń. Wysunąłem się powoli ku górze — choć powietrze nie wskazywało żadnej różnicy w poziomie. Ale ja drżałem. Chwila po chwili, milimetr po milimetrze — wspinałem się po niczym.
Nagle usłyszałem szept. Nie za mną, nie po bokach, ale jakby gdzieś piętro wyżej, na poziomie, którego nie mogłem zobaczyć. Głos był słaby, drżący, niemal bez zrozumiałych słów, ale w jego tonie czuć było rozpacz.
„Nie idź dalej…”
Mimo że rozsądek krzyczał, by się wycofać, nie mogłem się zatrzymać. Chciałem wiedzieć, co jest na końcu tych schodów. Ile szczelin pomiędzy stopniami skrywało niewidzialną ścieżkę do czegoś, co nie powinno istnieć.
Szedłem dalej, wchodząc coraz wyżej, a świat wokół zdawał się niestabilny — ziemia pod stopami nie zdawała się przyjmować ciężaru, powietrze gęstniało, a moje serce biło jak oszalałe. Poczułem, jak z gardła uciska mnie supeł, jakby coś, jakaś siła, próbowała stłumić oddech, wygasić życie we mnie.
A potem — nie pamiętam, jak długo to trwało — wszystko się rozmyło.
Obudziłem się w ciemnym zaułku, na skraju miasta, zarysowanym żółtawym światłem lamp ulicznych. Plecy miałem obolałe od twardej powierzchni, a dreszcz przebiegł mi po ciele. Nie wiedziałem, jak się tam znalazłem, ani co ze sobą zrobić. W kieszeni znalazłem jednak swoją kamerę.
Przywróciłem ją do życia, a obraz zarejestrowany na karcie rozsypał się w migawkach, niejednoznacznych klatkach — ujęcia podłoża, cienie kształtów, które wydawały się wychodzić ze snu. Słychać było mój ciężki oddech, szeptane przerażenie i ten jeden, nigdy nie do końca intrygujący szept:
„Nie idź…”
Odtworzyłem nagranie jeszcze kilka razy, szukając potwierdzenia rzeczywistości tamtego momentu, ale im dłużej słuchałem, tym bardziej czułem, jak długość niewidzialnych schodów jest niepoliczalna.
Słyszałem potem opowieści innych – ludzi, którzy też mieli przeczucia lub stracili umiar i weszli w tę iluzję. Jeden z nich, młody chłopak z sąsiedztwa, który zniknął na pięć godzin, obudził się na obrzeżach pola, kilometrami od trasy, którą pamiętał. Twierdził, że czuł, jakby przeszedł przez wieże starego budynku, nie widząc go, a jednak nie mogły to być żadne drzwi, bo ich tam od lat nie było.
Inna osoba, kobieta z sąsiedniej dzielnicy, uważała to za uliczny koszmar: „Wchodzisz, a stopnie wydają się nie mieć końca. Każdy kolejny wymaga więcej wysiłku, ale poczułam, że to coś złego – jak niewidzialny więzień. Ktoś próbował mnie tam zatrzymać…”
Dziś, gdy czasem przechodzę obok Abandonet, czuję to zimne mrowienie. Nie chcę już próbować, choć demon ciekawości nadal głęboko we mnie siedzi i podsuwa myśli, że powinienem wrócić, nagrać to wszystko jeszcze raz na lepszy sprzęt. Ale wiem jedno — nie da się wejść „trochę” na niewidzialne schody. Prędzej czy później to one wybierają, czy zejdziesz, czy pozostaniesz ich zakładnikiem.
Niewidzialne schody w Abandonecie są jak pułapka nakreślona nowym wymiarem — falą między światem, który znamy, a czymś zakazanym.
I jeśli kiedykolwiek w waszym życiu poczujecie, że stąpacie po stopniach, których nie ma — odwróćcie się natychmiast i nie rozpaczajcie, gdy nie odnajdziecie drogi do domu. Bo czasem nie ma drogi wstecz. Tylko schody, które nie powinny istnieć.
Opowieść ta powstała na podstawie relacji mieszkańców oraz moich własnych doświadczeń w Abandonet i pozostaje przestrogą — dla ciekawych, którzy nie boją się zejść za kurtynę rzeczywistości.
