Zawsze uważałem, że nienawiść to zbyt silne słowo, by roztrząsać je na chłodno. Może nie od urodzenia, ale z czasem zacząłem rozumieć, że najostrzejsza i najbardziej irracjonalna nienawiść czai się tam, gdzie nigdy byśmy się jej nie spodziewali – w zwykłych ludziach. Historia, którą zaraz usłyszysz, powinna cię przestrzec przed tym, jak głęboko może sięgać mroczna energia takiego uczucia. I jak wielką cenę czasem trzeba zapłacić, gdy nie potrafisz się go pozbyć.

Mój kumpel Bartek znalazł to gdzieś na jakimś forum internetowym. Trochę brzmiało to jak zabawa, trochę jak Tajemniczy Rytuał z Podręcznika Horrorów dla Amatorów. „Wybierz osobę, której nie znosisz”, powiedział mi wtedy, „i przez siedem dni pisz do niej codziennie listy, których nigdy nie wyślesz. Ale pisz szczerze – mów, czego się boisz, co cię dręczy po nocach. Siódmego dnia… usłyszysz jej oddech za plecami w miejscu, gdzie nigdy z nią nie byłeś”.

Na początku oboje się śmialiśmy, bo cóż za głupota – co za sens miałoby pisanie listów pełnych strachu do kogoś, kogo ledwo znasz albo wręcz nienawidzisz? Jednak szum w głowie miał wtedy swoją siłę. Ja miałem swoje demony, a on swoje. I ta… gra, jak ją nazwaliśmy, wciągnęła nas bez reszty.

Ja wybrałem osobę, której nienawidziłem od zawsze – Krzysztofa. Człowieka, który przez lata potrafił skutecznie niszczyć innym życie, obracając wszystko w proch. W szkole – kat, w pracy – oprawca, w rodzinie – ktoś, kto nie zna skrupułów. Miałem kilka naprawdę dobrze uzasadnionych powodów, by go nienawidzić. Najsilniejszy był ten, że zrujnował życie mojej siostrze, robiąc jej coś, o czym nawet nie potrafię mówić głośno.

Pierwszego dnia zacząłem pisać. List był chaotyczny, przepełniony emocjami i strachem. Bałem się w zasadzie tylko jednej rzeczy: że nigdy nie zacznę żyć na nowo, że ta nienawiść zatruje mnie jak trucizna. Gdy kończyłem pisać, czułem ulgę, ale też – dziwny ciężar, który natychmiast się na mnie rzucił.

Drugi dzień był trudniejszy. Postanowiłem pisać inaczej, głębiej. „Boję się, że ten człowiek nigdy za mnie nie zapłaci”, napisałem. Czułem, jak moje dłonie drżą, serce jakby uciekało w górę klatki piersiowej. Listy przyjmowały formę dziwnie terapeutyczną, ale też zatrute cuda, które krok po kroku ściągały na mnie cień tamtego człowieka.

Trzeciego dnia, choć to niby tylko słowa, zaczęło się dziać coś dziwnego. Zacząłem odczuwać coś na granicy paniki – miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, choć w domu byłem sam. Czasem, gdy pisałem, słyszałem nieme szelesty zza ściany, albo kolegę z baru, którego później nie było nigdzie w pobliżu. To było jak gdyby fizyczna obecność czyjejś złej woli, której dotąd nie znałem.

Czwarty dzień… kiedy pisałem, zwróciłem uwagę, że mój telefon raz za razem wyświetla powiadomienia z nieznanych numerów, w których słychać było przytłumione oddychanie lub niczym nieskrywaną groźbę. Zacząłem się bać naprawdę. Cały czas myślałem, że jeśli złamię ten rytuał, coś się wydarzy. Więc mimo trwających wątpliwości, pisałem dalej.

Piąty dzień był nekro-logiczny. Jeszcze bardziej szczegółowo opisywałem to, czego się bałem: że nienawiść pochłonie mnie, że stanę się jak on – zimny, bezlitosny. Miałem wrażenie, że listy przejmują jakąś siłę. Siedziałem w ciemnym pokoju, gdzie zamiast światła czułem tylko pulsujący mrok.

Szósty dzień był najgorszy – snu nie miałem w ogóle. Co noc słyszałem kroki na klatce schodowej, choć byłem sam w domu. Nieraz obracałem się gwałtownie i nikogo nie widziałem, ale czułem kogoś na granicy wzroku. Walczyłem z tym, próbując zignorować coraz bardziej przerażające uczucie.

Siódmego dnia siedziałem w pracy, starając się działać normalnie. List do Krzysztofa był najdłuższy, najbardziej bezpośredni. „Boję się, że już nie potrafię odróżnić, czy to on czy ja”, pisałem, odsuwając od siebie papier i patrząc na ekran monitora.

Nic się wtedy nie wydarzyło – przynajmniej tak myślałem.

Po pracy poszedłem na spacer do parku, miejsca, gdzie nigdy wcześniej go nie spotkałem. Tłum ludzi, gwar, radość dzieci i studentów na trawie – wszystko to powinno działać na wyciszenie. Zawsze uważałem, że dystans fizyczny tłumi tę złość, że jeden krok dalej może zabić wspomnienia. W końcu byłem tutaj sam, bez telefonu, bez listów, z pustym umysłem.

I wtedy poczułem to.

Dotyk, ledwie wyczuwalny pod skórą karku, niczym ciepły, niespodziewany oddech.

Obróciłem się gwałtownie.

Nikogo. Nie było nikogo.

Serce waliło mi tak, że myślałem, że zaraz eksploduje. Wokół była cisza, ale w moich uszach buczało od wewnętrznego hałasu. Zaczęły drżeć dłonie.

I wtedy zobaczyłem to.

Zacienioną postać – wysoką, wychudzoną, o twarzy przesłoniętej cieniem, której rysy, choć rozmyte, wydawały się znajome. Za plecami, choć miejsce było pełne ludzi, nikt nie zwracał na nią uwagi, jakby istniała na zupełnie innej płaszczyźnie.

Poczułem oddech – gorący, cuchnący, i strach tak intensywny, że niemal sparaliżował nogi.

Była tu. Tam, gdzie nigdy nie powinna była być.

Wracałem do domu jak w transie. Podświadomość mówiła mi, że na pewno oszalałem. To tylko efekt obsesji, zmęczenia psychicznego, zbyt głębokiego zaangażowania. Ale czułem, że ten człowiek przylgnął do mnie na dobre.

Wieczorem, po zobaczeniu tej zjawy, odruchowo sięgnąłem po ostatni list – ten siódmy – i spaliłem go w kominku. W dymie czaiła się ulga, ale zaraz ją przebiła świadomość, że to nic nie zmieni.

Od tamtej pory nigdy już nie byłem sam. Czułem jego oddech gdziekolwiek bym nie poszedł – sączył się jak cień, krążył po kątach mojego życia, przenikał do snów. Bałem się zejść do piwnicy, zapalić światło o północy, wyłączyć telefon i obudzić się bez niczyjej obecności. Wreszcie zacząłem rozumieć, że od nienawiści, którą się karmiłem, nie ma ucieczki. To ona wybrała mnie na swoje wieczne więzienie.

Bartek skończył grę kiedy zobaczył mnie takiego. Nigdy nie dokończył – bał się, że stanie się tak samo. Ja jednak nie potrafiłem przestać.

Dziś wiem jedno: jeśli kiedyś ktoś cię namówi do gry „Wybierz osobę, której nienawidzisz i pisz do niej listy z tym, czego się boisz”, odmów. Nie wiem, czy to jakaś klątwa, czy zła magia przebrana za zabawę. Wiem tylko, że gdy siódmego dnia usłyszysz czyjś oddech… wtedy już prawdziwe pytanie brzmi – czy on przestanie oddychać, czy ty?