Nie wiem, czy to tylko miejska legenda, ale podobno gdzieś w zakamarkach archiwów Disneya przechowywana jest pewna kaseta, która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego. Mówią na nią „Zaginiona kaseta Mickey Mouse”. To nie jest zwyczajna kreskówka – to coś, co rujnuje umysły tych, którzy mieli pecha ją obejrzeć.
Wszystko zaczęło się ponad dwie dekady temu, kiedy do niewielkiego studia animacji należącego do Disneya wysłano nowego pracownika – Marka, młodego montażystę z ambicjami i naiwnością, która nie pozwalała mu podejrzewać, że to, co trafi do jego rąk, odmieni jego życie na zawsze. Pewnego dnia jego szef dał mu za zadanie odszukać i przekopiować pewien stary materiał – kasetę oznaczoną tylko jako „Mickey Mouse – Test 47b”. Ta niepozorna taśma nie pojawiała się nigdzie w oficjalnych katalogach, a jej pochodzenie było niejasne.
Marek pracował nocami, bo tylko wtedy miał spokój i ciszę. Zapuszczając taśmę do magnetowidu, spodziewał się znaleźć jedynie fragmenty niedokończonej animacji. Zamiast tego z ekranu wyłoniła się scena, która nie miała nic wspólnego z radosnym światem Myszki Miki. Obraz był ziarnisty, jakby nakręcony starym aparatem filmowym, a postacie miały dziwnie nienaturalne ruchy i wykrzywione twarze.
Najbardziej przerażające było to, że Mickey Mouse, który powinien być uśmiechnięty i wesoły, pojawiał się tam z oczami pozbawionymi źrenic, a jego uśmiech zniekształcony w coś, co bardziej przypominało drwiny niż radość. Ta postać przymykała oczy, a kiedy je otwierała, ekran drgał i obraz zacinał się. Z tła dobiegały niskie, nieokreślone dźwięki – szumy, szeptały głosy, czasem zdało się usłyszeć czyjś cichy płacz.
Z każdą kolejną minutą odtwarzania, Marek czuł, jak napięcie rośnie. W pewnym momencie głos narratora pojawił się, ale zamiast opisów bajkowych przygód, mówił w oszczędnych słowach i z dziwnie zimnym tonem o „prawdzie ukrytej za uśmiechem”, „ciosie zadanym przez czystą niewinność” i „nieuchronnym końcu, który czeka każdego, kto zbyt długo wpatruje się w pustkę”.

Przekonany, że to jakiś makabryczny żart, Marek postanowił pokazać kasetę koledze z pracy. Ten jednak odmówił, twierdząc, że słyszał o tej „kasetowej legendzie” i że wszyscy, którzy ją widzieli, spotykali się później ze „spóźnionym szaleństwem”. W rzeczywistości wielu z pracowników studia nagle zaczęło mieć problemy psychiczne – nerwice, koszmary, całkowite załamania nerwowe. W samotności szepczano o „klątwie zaginionej taśmy”, której zawartość obracała ludzkie umysły przeciwko nim.
Marek zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Słyszał kroki i cichy chichot zza drzwi, widział cienie poruszające się tam, gdzie nie było nikogo. Jego sny opanowała postać pozbawionego źrenic Mickey’ego, który powtarzał ciągle te same słowa: „Nie powinieneś był tu zaglądać”. W końcu zgłosił się do lekarza. Wszystko skończyło się hospitalizacją i długim leczeniem.
Do dziś nikt nie wie, kto stworzył ten przerażający materiał i dlaczego został on ukryty na marginesie wielkiego imperium Disneya. Kaseta „Mickey Mouse – Test 47b” nigdy więcej nie pojawiła się w oficjalnym obiegu, a dostęp do archiwów podobno został uszczelniony równie mocno, jak do innych niechcianych pamiątek ze studia.
Jeśli ktoś gdzieś spotka informację o tej kasecie, powinien się dwa razy zastanowić, zanim włoży ją do odtwarzacza. Bo prawda, którą niesie, nie jest bajką. To coś, co może złamać umysł i na zawsze odmienić twoje spojrzenie na świat, w którym zwykła Myszka Miki przestaje być symbolem niewinności, a staje się zwiastunem czegoś znacznie bardziej mrocznego.
A jeśli któregoś dnia swą ciekawość zaprowadzisz wtedy, gdzie nie powinnaś – pamiętaj tylko, że nie wszystkie historie muszą być opowiedziane do końca. Niektóre lepiej zostawić zapomniane, na dnie archiwum. Tam, gdzie ich głos nie sięga.
