Od dawna krążyła w internetowym podziemiu legenda o tajemniczym pliku wideo, który szokował każdego, kto odważył się go odtworzyć. Niewielu mogło pochwalić się doświadczeniem, a jeszcze mniej osób wychodziło z tego cało – przynajmniej psychicznie. Suicidemouse.avi – tak nazywał się plik, rzekomo przedstawiający starą, niemą animację z Myszką Miki, lecz kiedy już kliknąłeś „play”, nic nie było takie, jak oczekiwałeś.

Mój znajomy, Piotr, zawsze uważał te wszystkie creepypasty za przesadzone wymysły. Lubił sprawdzać mity i zagłębiać się w sieciowe legendy, by je obalać. Pewnego wieczoru podczas jednego z takich eksperymentów natrafił na link oznaczony właśnie jako suicidemouse.avi. Nie miał zwyczaju bać się bzdur, więc bez zastanowienia pobrał plik i odpalił go na starym komputerze, który przyniósł z pracy.

Animacja rozpoczęła się normalnie – czarno-biała, przypominająca zupełnie zapomnianą kreskówkę z lat trzydziestych. Myszka Miki jeździła spokojnie na rowerze po nieskończonej, powtarzającej się drodze. Ale z każdą sekundą obraz stawał się coraz bardziej dziwny. Myszka przestała się uśmiechać, jej oczy zrobiły się zastygłe i puste, a rytm jazdy przyspieszał do nienaturalnego wręcz tempa.

Piotr mówił potem, że to, co zobaczył dalej, wyprowadziło go z równowagi. Wideo nagle zaczęło migotać, jakby ktoś celowo szarpał klatki. W tle zamiast przyjemnej muzyki rozległa się zgrzytliwa, przerażająca kakofonia, a obraz zaczął zamieniać się w morze chaosu – pomiędzy kolejnymi zdjęciami Myszki pojawiały się twarze zdeformowanych postaci, z otwartymi ustami w milczących krzykach, a rozmazane cienie zdawały się otaczać ją z każdej strony. Dopiero gdy wideo dobiegało końca, wszystko zamarło w całkowitej ciszy.

Piotr opowiadał, że po zamknięciu pliku poczuł, jakby od środka coś zaczęło mu się rozpadać – ulotne przebłyski obrazów, których nie potrafił wyjaśnić. Nie mógł zasnąć, a każdego dnia widział coraz więcej „niepasujących” szczegółów rzeczywistości – ulice, które znał, wyglądały jak zwierciadło wypaczonego świata, a ludzie na ulicach stawali się coraz bardziej obcy, z pustymi oczami i nieruchomymi twarzami.

Zaczęły się pojawiać u niego ataki paniki, impulsywne napady lęku, które pojawiały się bez wyraźnego powodu. Do tego stopnia utracił kontakt z rzeczywistością, że musiał szukać pomocy psychiatrycznej. Lekarze nigdy nie doszli do jednoznacznej diagnozy – to, co przeżywał, określili jako głęboki stan psychozy o nieznanym podłożu.

Mówiąc o tej tajemniczej animacji, często powtarzał, że Suicidemouse.avi to nie tylko zwykły film, a wręcz pułapka – rodzaj cyfrowego wirusa, który nie infekuje komputera, ale umysł oglądającego. Co ciekawe, plik nigdy nie pojawia się dwukrotnie w tych samych miejscach internetowych archiwów, więc trudno go zweryfikować, a każdy, kto próbował go przechować czy udostępnić, wkrótce doświadczał podobnych objawów rozchwiania psychicznego.

Opowieść Piotra wywołała u mnie dreszcz niepokoju, ale jednocześnie nie mogłem przestać o niej myśleć. Ktoś kiedyś powiedział, że najgorszym przekleństwem nie jest śmierć, tylko zatracenie własnego umysłu.

Zanim jednak zdecydowałem, czy sam spróbuję odnaleźć ten plik, Piotr zniknął. Bez ostrzeżenia, bez pożegnania. Jedyne, co zostało, to jego opowieść o animacji, której nikt normalny nie powinien oglądać.

Suicidemouse.avi nie jest zwykłą kreskówką. To podróż bez powrotu – droga, którą przejeżdża myszka, okazuje się drogą prowadzącą wprost do ciemności umysłu. I choć można próbować ją zignorować, pytanie pozostaje: czy naprawdę chcesz znać jej koniec?