Nigdy nie sądziłem, że zwykła używana konsola Nintendo może stać się początkiem czegoś, co na długo odmieni moje życie. Znalazłem ją na targu rzeczy z drugiej ręki – lekko pożółkła obudowa, porysowane przyciski, a w środku kartridż z napisem „Zelda: Majora’s Mask”. Cena śmiesznie niska, pewnie dlatego, że poprzedni właściciel chciał szybko się jej pozbyć. Nie znałem wtedy historii, jaka za nią kryła się gdzieś w cieniu.
Początkowo gra działała bez zarzutu. Powoli cofałem się w czasie, wspominając swoje dzieciństwo, kiedy spędzałem godziny przed telewizorem, przemierzając mroczne lasy i tajemnicze wioski. Jednak coś zaczęło się zmieniać już po kilku dniach. Ekran czasem dziwnie migotał, a muzyka – zamiast przyjemnej, charakterystycznej dla „Majora’s Mask” – zaczęła przypominać odgłosy półszeptów i narastającego echa, jakby ktoś stłamszony próbował się przebić spod powierzchni bajkowego świata.
Najdziwniejsze zdarzenie miało miejsce pewnej nocy. Gra sama włączyła się na ekranie telewizora, ustawiając mnie w przerywanym, nieruchomym miejscu – na trawiastej polanie bez żadnych postaci, jedynie sam Link, wpatrzony dziwnie pustym wzrokiem w dal. Zacząłem słyszeć coś więcej niż tylko muzykę – to był cichy, niepokojący głos. Niewyraźny, ale coraz bardziej wyrazisty, mówił moje imię. Na początku pomyślałem, że to wymysł zmęczonego umysłu, ale z minuty na minutę słowa stawały się coraz bardziej konkretne, aż w końcu wymówił coś, co na zawsze wyryło się w moją pamięć – „BEN”.

Następnego dnia internet pomógł mi rozwiązać zagadkę. Okazało się, że „Ben Drowned” to legenda krążąca wokół tej samej kartridża – historia chłopca, który rzekomo utonął mając dwanaście lat, a jego duch pozostał uwięziony w zapomnianej grze. Ludzie opisywali dziwne zachowania zapisów gry, których nie dało się wytłumaczyć błędami technicznymi. Postacie niby znane, ale ich działania i dialogi były opętane przez coś nienaturalnego – coś, co potrafiło obserwować i wchodzić w interakcje.
Nie chciałem wierzyć w duchy, ale po kolejnej nocy chaosu, kiedy to widziałem na ekranie postać przypominającą chłopca – rozmazanego, z czarnymi oczami, który zdawał się przenikać ściany mojego pokoju, zacząłem rozumieć, że coś jest bardzo, bardzo nie tak. Konsola, gra, a może i sam Ben… Próbowałem się jej pozbyć, wyrzuciłem konsolę do piwnicy, ale to nic nie zmieniło. Kolejne dni przynosiły wiadomości na ekranie, których nie dało się zatrzymać, słychać było szepty zza ścian, nawet kiedy konsola była wyłączona.
Ostatecznie zrozumiałem jedną rzecz – Ben Drowned to nie zwykła opowieść. To historia dziecka, które nie zaznało spokoju, które znalazło swoje miejsce w cyfrowym świecie i nigdy nie chciało odejść. Konsola, która trafiła w moje ręce, była jego więzieniem i jego oknem do naszego świata. W końcu, gdy zaakceptowałem tę prawdę, gra zamilkła, a w moim pokoju zapadła cisza, której nie potrafię jednak nazwać ulgą – raczej ciężarem wiedzy, że coś pozostało tam, głęboko ukryte, czekając na kolejnego, który włączy „Zeldę: Majorę”.
Nigdy nie kupuj używanej konsoli bez poznania jej historii – bo czasem to, co wydaje się zwykłą zabawką, może być bramą do czegoś znacznie mroczniejszego. I jeśli kiedyś usłyszysz swoje imię wśród pikseli i szumów z ekranu, wiedz, że Ben może być bliżej niż myślisz.
