Na pierwszy rzut oka Blok 13 na warszawskim Ursynowie nie różni się niczym od setek innych wielkich płyt z lat 70. Ciasne mieszkania, szaro-rude elewacje i charakterystyczny, powtarzalny układ okien – wszystko to jakby skrojone według jednej, bezdusznej matrycy. Mimo to mieszkańcy tego konkretnego budynku od lat noszą ze sobą opowieść, która niechętnie schodzi z ust, zwłaszcza po zmroku. Bo choć Blok 13 ma oficjalnie 10 pięter, wielu z jego mieszkańców słyszy w nocy coś, czego nie powinno tam być – kroki, tupot i stukanie dochodzące z… nieistniejącego piętra.
Wszystko zaczęło się gdzieś pod koniec lat 90., kiedy budowę bloku dawno zakończono, a życie toczyło się zwyczajnym rytmem. Pierwsze doniesienia o nocnych odgłosach zaczęły docierać do zarządu wspólnoty mieszkaniowej, lecz – jak to często bywa – spotkały się z lekceważeniem. „To pewnie dzieciaki albo pijani”. Jednak sprawa powoli zaczęła przybierać dziwny obrót. Zgłaszający słyszeli ciężkie, ostrożne kroki poruszające się po korytarzu nad ich piętrem, chrzęst pękających porcelanowych doniczek i nieokreślone stukanie jakby ktoś próbował otworzyć drzwi do mieszkania, które nigdy nie istniało.
Co najbardziej zdumiewające, odgłosy dochodziły z… dwunastego piętra. Zaraz, dwunastego? Blok ma jedynie dziesięć kondygnacji, co było faktem potwierdzonym przez dokumentację techniczną i świadków budowy. Nikt jednak nie potrafił wyjaśnić, jak coś ponad najwyższym piętrem mogłoby istnieć. Kilkoro odważnych mieszkańców postanowiło to sprawdzić, lecz po wyjściu na dach lub ostatnie piętro nigdy nie znaleźli żadnych śladów wskazujących na przejście na wyższą kondygnację, a tym bardziej poruszające się tam osoby.
Jedną z pierwszych, które zdołały opisać dokładnie te zjawiska, była pani Grażyna, emerytowana nauczycielka mieszkająca na 9. piętrze. Z czasem stała się niemal ekspertem od nocnych odgłosów. „To nie są zwykłe kroki, wcale nie brzmią, jakby ktoś szedł po zwykłej podłodze” – tłumaczyła. „Słychać, jakby obuwie skrobało o stare, nierówne deski. A przecież te bloki od samego początku miały betonowe płyty zamiast podłóg”. Złowrogi klimat podkręcało jeszcze jedno – odgłosy pojawiały się przeważnie po północy, nigdy przed 23, a znikały bladym świtem. Przez lata osoby doświadczające tego zjawiska zgłębiały archiwalne dokumenty związane z budową bloku i terenu wokół.
Okazało się, że w miejscu, gdzie został postawiony Blok 13, wcześniej stała stara kamienica z początku XX wieku. W okresie powojennym pod nią znajdowały się piwnice i schrony, zapełnione nie do końca wyjaśnionymi materiałami i ponoć miejscem pochówku ludzi, którzy zginęli pod koniec wojny. Miały to być szczątki więźniów, którzy zginęli podczas ewakuacji więzienia w czasie Powstania Warszawskiego, a ich prochy nigdy nie zostały odnalezione. Kamienica była wysadzona w powietrze na przełomie lat 50. i 60., a w jej miejscu rozpoczęto budowę bloków z wielkiej płyty, po czym szczegółowe plany nie przewidywały budowy dachów wyżej niż dziesięć pięter.
Jednak z czasem pomiędzy mieszkańcami zaczęły pojawiać się kolejne dziwne zdarzenia. Na niektórych klatkach schodowych pojawiały się wilgotne plamy przypominające ślady spływającej krwi, które nie odpowiadały żadnemu zdarzeniu czy awarii wodociągowej. Kamera zainstalowana na 10. piętrze raz złapała na nagraniu mgnienie sylwetki przechadzającej się właśnie po… powietrzu. Obsługujący monitoring technik po obejrzeniu materiału początkowo myślał o halucynacji optycznej, jednak nagranie nie poddawało się prostym wyjaśnieniom.
Wtedy do gry wkroczyła grupa mieszkańców, która postanowiła zgłębić tajemnicę na własną rękę. Zorganizowali nocną wyprawę na dach, wyposażeni w latarki i kamerę, śledząc trasę kroków, które miały przebiegać nad ich głowami. Stało się coś dziwnego – tuż po północy, kiedy egzekwowali swój plan, usłyszeli wyraźne, ciężkie tupanie tuż pod sufitem ostatniego mieszkania. Kroki były rytmiczne, jak stukanie ktoś chodzi po niewidzialnych deskach. Nagle słychać było jęk, zimny powiew i echo pokoju, którego przecież nie było. Po chwili głosy ucichły, a na klatce pojawił się chłodny, nieprzyjemny zapach zbutwiałej ziemi i metalu.
Dziś mieszkańcy Bloku 13 wiedzą, że pewnych spraw nie należy lekceważyć. Choć od tamtej pory nikt już nie odważył się szukać odpowiedzi na siłę, bo czasem ciekawość prowadzi tam, gdzie zaczyna obowiązywać lęk. W skrzynkach na listy wciąż pojawiają się anonimowe kartki z ostrzeżeniami, a sami mieszkańcy rzucają sobie półgębkiem legendy o tym, że w miejscu tym ciąży przekleństwo – klątwa wielkiej płyty, którą swoją grubą ręką odciska historia, której nie da się po prostu zdemontować i wyburzyć.
Blok 13 stoi nadal, a nocą, gdy ulice milkną, niektórzy słyszą tę tętentę kroków z piętra, którego… nie ma. I choć nie da się tego wyjaśnić racjonalnie, każdy mieszkaniec ursynowskiego bloku wie jedno – czasem budynki pamiętają więcej, niż byśmy chcieli.
