Od zawsze uważałem, że w ciemności dzieją się rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Ale nigdy nie pomyślałem, że doświadczę czegoś, co zmieni moje spojrzenie na noc na zawsze. Moja historia zaczęła się od jednego, prostego spotkania – spotkania z chłopakiem, o którym wszyscy mówili szeptem, a nikt nie widział go na własne oczy. Mówiono na niego Jeff the Killer – człowiek z twarzą jak popiół i uśmiechem, który nie schodził mu z ust. Taki, który potrafił cię ścigać w snach i szeptać jedną, niepokojącą frazę: „Go to sleep”.

Pamiętam tę noc dokładnie. Wracałem do domu późno, zmarznięty i zmęczony po całym dniu na uczelni. Miało być zwyczajnie, ale kiedy skręciłem w zacienioną alejkę, poczułem na plecach czyjś wzrok. Nie spojrzałem od razu, bo przecież wiedziałem, że nic tam nie ma. A jednak coś mnie zmusiło, żeby się odwrócić. Na końcu alejki, tuż przy ścianie budynku, stał chłopak – blady, z twarzą pokrytą bliznami i czymś, co wyglądało jak poparzenia. Jego oczy były ogromne i błyszczące, a usta wykrzywione w nienaturalnym uśmiechu, który nie pasował do nikogo, kogo znałem. „Go to sleep” – wymamrotał tak cicho, że prawie nie usłyszałem, ale we mnie coś zamarło. Nie ruszył się, nie mrugnął – jakby był tam tylko po to, by patrzeć i szeptać.

Od tamtej chwili każdej nocy śnił mi się ten uśmiech. Zawsze pojawiał się w moich snach – czasem tuż nad moim łóżkiem, czasem za rogiem korytarza, bezszelestnie i nieuchronnie. Jego twarz była zimna i martwa, ale ten uśmiech miał coś diabolicznego, co nie pozwalało mi zamknąć oczu. „Go to sleep” – powtarzał, za każdym razem coraz głośniej, jakby chciał mnie przekonać, że już dawno przegrałem.

Próbowałem o tym nikomu mówić, ale ludzie tylko się śmiali, mówili, że to stres albo zmęczenie. A jednak wiedziałem, że to nie sen. Pewnej nocy, gdy przebudziłem się zdyszany, usłyszałem znajomy szept tuż przy uchu. Obróciłem się – w ciemności nie było nikogo, ale wiedziałem, że to on. Jej uśmiech zdawał się roztapiać ciemność i sprawiał, że moje serce biło jak oszalałe.

Nie wiem, kim naprawdę był Jeff – chłopcem, którego twarz spłonęła w tajemniczych okolicznościach, czy może czymś innym, czymś, co nigdy nie miało należeć do naszego świata. Ale jedno wiem na pewno – jego uśmiech i te słowa, które zawsze szeptał, nie miały mnie nigdy zostawić w spokoju. „Go to sleep”, powtarzał, zabierając ze sobą każdą odrobinę bezpieczeństwa, która pozostała w moim życiu. I chociaż minęły miesiące, a on zniknął tak nagle, jak się pojawił, wiem, że to nie koniec. Bo Jeff the Killer – uśmiech, który śni się po nocach – ciągle żyje tam, gdzie kończy się ciemność.