Wszystko zaczęło się niewinnie – starszy brat opowiadał mi o czymś, co nazwał „rytuałem trzech luster”. Mówił, że to stara miejska legenda z ich liceum, znana tylko nielicznym, tych, którzy odważyli się spróbować. W rozmowie nie brakowało zgryźliwego śmiechu i przekomarzań, typowych dla nastolatków. Nie wierzyłem wtedy w takie bajki, a jednak coś w tym utkwiło. Niedługo później przekonałem się, że legenda nie była zwykłą opowieścią.
Mieszkałem w małym, zaniedbanym mieszkaniu na poddaszu starej kamienicy w centrum miasta. Czułem, że czasem to miejsce ma własne życie – stary parkiet skrzypiał tak, jakby chciał coś wypowiedzieć, a zimowym wieczorem kaloryfer przestawał grzać na długie godziny, mimo że pokoje były szczelnie zamknięte. Sama kamienica skrywała mrowie tajemnic, szeptanych przez wieki i gromadzonych w jej ciemnych korytarzach.
Pewnego grudniowego wieczoru, gdy złość na monotonię życia zaczęła mnie przygniatać, postanowiłem wrócić do tamtej legendy. Przypomniałem sobie, że brat mówił o trzech lustrach. Jego wersja była prosta: ustaw trójkąt z luster i usiądź pośrodku o północy. Możesz zobaczyć coś, czego nigdy nie powinieneś. Kiedy spytałem go, skąd zna ten rytuał, odpowiedział tylko: „To jedna z tych rzeczy, które lepiej znać z opowieści”.
Nie miałem nic do stracenia. Wyjąłem z szafy trzy lustra – dwa małe, nieduże, a trzecie, największe, pochodziło z mojej babcinej komody. Ich powierzchnie były lekko przykurzone, a na jednym z nich dostrzegłem malutką pajęczynkę, pozostałość po nieużywaniu. Przetrząsnąłem mieszkanie, aż znalazłem kawałek starych, bladych światełek choinkowych. Chciałem stworzyć coś choćby zbliżonego do klimatu tajemnicy.
Ustawiłem lustra na podłodze, każdy na innym boku, tak by tworzyły geometryczny trójkąt. Siadłem na środku, ze skrzyżowanymi nogami, oddech pospieszny i niepewny. Sprawdziłem zegarek. Była 23:56. W pokoju panowała niemal całkowita ciemność, jedynie delikatne blaski ulicznych latarń wpadały zza zasłony.
Minęła jedna minuta, druga… W powietrzu czuć było wilgoć i chłód, nieproszony gość zalęgł się razem z nocą. Oparłem dłonie na kolanach, patrząc w jedno najsilniej odbijające lustro – to było największe z nich, z lekko matową taflą, jakby zaparowaną od środka. Czekanie na północ ciągnęło się w nieskończoność. Niepokój zaczął szczypać w skórę, mięśnie zacięły się w bezruchu.
W końcu wskazówka zegarka przesunęła się na godzinę dwunastą. Jeden oddech. Potem drugi.
Wtedy zobaczyłem to – swoje odbicie, ale jakby zdeformowane. Początkowo samo się przesuwało, poruszało niezależnie ode mnie. Najpierw drobny ruch oczu, potem niewielki skłon głowy. Spoglądałem na to, co mogło być tylko iluzją, ale coś w tej iluzji było niemal namacalne.
Odbicie uniosło dłoń, wyciągnęło palec wskazujący i zaczęło piszczeć, jakby próbowało przemówić.
– Kim jesteś? – wyszeptałem.
Nie odpowiedziało słowami, ale dłoń odbicia przesunęła się, wskazując lustro po prawej stronie. Patrzyłem w to lustro, zastanawiając się, czy coś się zmienia. I zobaczyłem kolejne odbicie – siebie samego. Tym razem jednak była to postać bardziej groteskowa, zdeformowana, jakby z innego wymiaru.
Poruszała się powoli, nerwowo, jakby walczyła, by mnie zdominować.

Czułem, jak serce gwałtownie wali w piersi, a cały pokój nagle stał się zimny niczym lodowa grota. Lustra zaczęły rozbłyskiwać słabym światłem, mieniły się na krawędziach, jak gdyby otwierały portal do czegoś, co nie powinno istnieć.
Zadawałem kolejne pytania, lecz odbicia odpowiadały tylko gestami, czasem uśmiechem pełnym kpin i grozy.
Zrozumiałem wtedy, co mówił brat – to nie jest zwykłe odbicie. To JA z innego wymiaru. Tym gorsze było to, że to JA chciał mnie zastąpić.
Położenie trzech luster nie było przypadkowe. Miały utworzyć bramę — portal do innej rzeczywistości, w której istniał ktoś podobny, lecz zupełnie inny ode mnie. Ktoś, kto od dawna pragnął przejąć moje życie i miejsce w tym świecie.
Odbicie z lustra prawego zaczęło się zbliżać, jakby przenikało barierę tafli, a ja odczuwałem narastający paraliż. Ciało poddało się niepokojowi, ale umysł walczył.
Próbowałem mówić, błagać, ostrzegać siebie samego, aby nie pozwolić na tę zamianę. W odpowiedzi odbicie uśmiechnęło się szeroko, a fragment jego sylwetki zaczął przenikać na moją podłogę.
Serce niemal stanęło, miałem wrażenie, że to koniec.
– Nie mogę zniknąć – szepnąłem. – To moje życie…
I wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Odbicie cofnęło rękę i… pokazało mi fragment filmu z mojego życia, wydarzenia, chwilę jeszcze nieznaną: moment, w którym miało się wydarzyć coś złego.
Zamarłem.
Odbicie nie chciało mnie zająć – chciało być przeze mnie zaalarmowane, przynajmniej na teraz.
Następne dni spędziłem na próbach zrozumienia. Rytuał powtarzał się w mojej głowie. Zrozumiałem, że ten inny „ja” istnieje na granicy rzeczywistości, gdzie czas i przestrzeń mieszają się w dziwny sposób. To istnienie zdaje się żyć z moich wyborów, stron, które ignoruję, decyzji, których nie podejmuję.
Postanowiłem nie zaniedbywać własnej świadomości, bo wtedy inna wersja mnie może zaatakować, próbując wypełnić pustkę.
Od tamtej nocy nie korzystam już z lusterek w tym samym pomieszczeniu. Zdjąłem je, schowałem daleko. Moje odbicie jest teraz spokojne, ale wiem, że gdzieś tam, za taflą, czeka na drugą szansę.
Jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się spróbować rytuału trzech luster, pamiętaj – możesz nie tylko zobaczyć swoje odbicie. Możesz spotkać to, czego nigdy nie chciałeś ujrzeć. A wtedy…
Uważaj, komu pozwolisz wypowiedzieć pierwsze słowo.
