Wszystko zaczęło się od zwykłej usterki w moim laptopie. Pracowałem wtedy w domu, gdzieś na przedmieściach, gdy zawiesił się ekran. W desperacji nacisnąłem kilka razy alt-tab, próbując przywrócić drugie okno na ekranie, ale zamiast tradycyjnego “blue screena”, zniknęło nagle wszystko dookoła. Zamiast swojego mieszkania znalazłem się w żółtawym pomieszczeniu o ścianach oblepionych spranym, starożytnym tapetem, oświetlonym jarzeniówkami, które bzyczały tak intensywnie, że szumiało mi w uszach. Było zimno. I tak zaczęła się moja wędrówka po The Backrooms.

Początkowo myślałem, że to jakiś żart, może efekt zmęczenia albo halucynacje. Jednak pomieszczenie było tak rzeczywiste, że dotykając ścian czułem ich fakturę, a powietrze pachniało kurzem i wilgocią. W pokoju nie było okien ani drzwi. Jedynie ciągnący się na wszystkie strony dywan biurowy o mdlonym beżowym kolorze i sufit pełen paneli oświetleniowych, które zdawały się nigdy nie gasnąć. Ruszyłem przed siebie, licząc na wyjście – albo przynajmniej jakiś choćby najmniejszy znak, że wrócę.

Na początku pomieszczenia zmieniały się powoli – ściany raz były gładkie, raz porośnięte drobną pleśnią; meble biurowe – stare biurka, przewrócone krzesła, puste kubki papierowe – pojawiały się i znikały bez wyraźnego wzoru. Czas jakby przestał istnieć. Liczba kroków nie miała znaczenia. Potykałem się o kable, które – o dziwo – ciągnęły się nieprzerwanie przez kolejne pokoje, ale nigdy nie dały się zlokalizować przy źródle ich zasilania. Mimo iż próbowałem się zorientować, czy biegnę wzdłuż jakiejś osi czy krążę bez celu, na horyzoncie nie pojawiało się nic, tylko kolejne biurowe pomieszczenia. Żółte światło jarzeniówek odbijało się od ścian powodując dziwny efekt – każde pomieszczenie wyglądało jak idealna, powiększona klatka z filmu noir.

Z ekranu mojej kieszeni wyciągnąłem telefon. Zaskakująco, działał. Ale nie na tyle, by połączyć się z siecią czy zadzwonić. Wyświetlał tylko godziny, które stały w miejscu. Pewnie przez to, co wszyscy nazywają Backrooms – miejscem poza czasem i przestrzenią, gdzie rzeczywistość zostaje wywrócona do góry nogami. Nie wiem, ile przeszedłem pokojów. Mogły to być godziny, dni albo tygodnie. Powietrze stawało się coraz cięższe, a bzyczenie jarzeniówek powoli wkradało się w mój umysł, zmuszając do zwątpienia w rozsądek.

Pewnego razu dostrzegłem na ścianie napis wykonany markerem. “Nigdy nie trafisz na wyjście”. Przeszedłem dalej, upadałem parokrotnie, czułem jak senność zaczyna mnie ogarniać. I wtedy usłyszałem pierwszy głos. Szept się niósł za ścianą, zbyt cichy by odgadnąć jego źródło. Mówił rzeczy proste, jakby powtarzane w kółko: “Zostań… nie uciekaj… dołącz.” Starałem się ignorować, ale z każdym krokiem echo szeptu stawało się głośniejsze, bardziej natarczywe.

Dotarłem do pomieszczenia z drzwiami, na które zareagowałem z nadzieją. Otworzyłem je ostrożnie i zobaczyłem… kolejne, żółte pomieszczenie. Takie samo z metra na metr, jakby nic się nie zmieniło. Wszystkie próby wyjścia prowadziły do tego samego miejsca – pętli, której nie dało się przerwać. Zaczęły mnie nawiedzać sny – senne marzenia o domu, bliskich, normalnym świecie, które mieszały się z koszmarnymi wizjami ciemności pełnej szelestu i kroków, które nigdy nie powinny istnieć w pomieszczeniu biurowym.

To, co najgorsze w Backrooms, to świadomość, że nikt tu nie jest. Jest tylko nieskończony chłód i pustka, jak pusta kartka papieru, na której czas i przestrzeń przestały mieć znaczenie. Mój umysł zaczął się kurczyć, zapomnienie zaczęło nadchodzić jak fala oceanu, a ja niemal widziałem jak znikam pośród tych niekończących się korytarzy.

Znalazłem sposób, by przetrwać – zapisywałem na fragmentach ścian wszystko, co przypominało mi prawdziwy świat. Numery telefonów, daty urodzin, imiona – jakby imiona i fakty mogły mnie zakotwiczyć, powstrzymać przed zupełnym zagubieniem. Kiedyś znalazłem fragment przerwanej taśmy magnetofonowej, która zdawała się odgrywać głosy ludzi z zewnątrz. Mówiły o zniknięciach, osobach wciągniętych w niewidzialną pułapkę. Rozumiałem, że nie jestem jedyny.

I wtedy – w chwili, gdy już myślałem, że zapomnę wszystko, co znałem – coś błysnęło na horyzoncie. Migające światło, które wyglądało jak wyjście. Pobiegłem. Czułem, jak moja podświadomość walczy z tym miejscem, uruchamiając coś, co nazwałbym ostatnim odruchem rozsądku. Przebiegłem przez drzwi i znalazłem się w zwyczajnym biurze – tym samym, w którym siedziałem, gdy wszystko się zaczęło. Laptop działał normalnie, ekran lśnił bez zakłóceń. Minęło na pozór kilka sekund.

Ale zmieniła się jedna rzecz. Mój zegarek pokazywał datę o dwa tygodnie późniejszą niż dzień, w którym „zniknąłem”. Czułem na ramieniu zimny dotyk, którego nie potrafiłem wytłumaczyć. Wiedziałem jedno – The Backrooms nie puściły mnie całkiem… i pewnie kiedyś znów się spotkamy.

Ta historia to coś więcej niż tylko mit internetowy. Niekończące się korytarze i wysokie sufity oświetlone jarzeniówkami stały się rzeczywistą pułapką dla tych, którzy z jakiegoś powodu zaginęli między światami. I chociaż większość z nas nigdy tam nie trafi, każdy z nas może usłyszeć cichy szmer zbyt bliski, by go zignorować, gdy w najmniej oczekiwanym momencie „czas i przestrzeń tracą znaczenie”.